Zostań naszym Fanem!
ZALOGUJ SIĘ: 
Czy na pewno chcesz usunąć ten blog?
TAK NIE
Jan Ząbik: Marian Rose zdradzał mi wiele żużlowych tajników i zaszczepił we mnie wolę walki
 02.09.2021 12:39
mr
Śmiało można powiedzieć, że stał się jedną z najważniejszych twarzy toruńskiego żużla. Do świata czarnego sportu wprowadził go legendarny Marian Rose. Przez całą karierę był niezwykle oddany swojemu macierzystemu klubowi i chciał dla niego jak najlepiej. Podczas żużlowych wojaży miał okazję posmakować prestiżowej wówczas ligi angielskiej oraz startów w kadrze narodowej. Być może nie ma na koncie zbyt wielu spektakularnych sukcesów, ale mimo wszystko zapracował sobie na szacunek i uznanie. Przez lata spełniał się w roli zawodnika, a potem zajął się szkoleniem. Tak naprawdę nigdy nie odsunął się od swojej ukochanej dyscypliny. Dzisiaj jest już wyraźnie po siedemdziesiątce, ale na co dzień wciąż wykazuje dużą aktywność i nie zamierza zwalniać tempa. Poznajcie historię byłego reprezentanta Polski na żużlu, Jana Ząbika.

Jan Ząbik pochodzi z Kiełpia zlokalizowanego niedaleko Chełmna. Na świat przyszedł 21 grudnia 1945 roku, ale w oficjalnej dokumentacji jego data urodzenia to 1 stycznia 1946. ? Rodzice delikatnie mnie odmłodzili ? śmieje się mężczyzna. ? Kiedy trochę podrosłem, to z opowiadań starszych dowiedziałem się, że wtedy była bardzo sroga zima. Do urzędu był spory kawałek drogi i praktycznie nie dało się przejechać. Dopiero potem pojawiła się możliwość, żeby mnie zarejestrować ? tłumaczy tę nietypową sytuację. Początkowo Jan Ząbik raczej nie myślał o karierze żużlowca. W młodości znacznie bardziej ciągnęło go do kolarstwa. Po skończonej szkole ? jako wyuczony elektryk ? znalazł jednak zatrudnienie w Elektromontażu i został oddelegowany do pracy w Toruniu. Dzięki temu złapał kontakt z czarnym sportem.

? Mieszkałem wtedy w hotelu znajdującym się przy zakładzie. Miałem stamtąd niedaleko na stadion żużlowy przy ulicy Broniewskiego. Popołudniami nie było co robić, więc chodziłem popatrzeć jak jeżdżą zawodnicy. Wkrótce poznałem Mariana Rosego, czyli wybitnego toruńskiego żużlowca. Dość szybko złapaliśmy wspólny język. Okazało się, że on ma swój garaż, gdzie dłubie sobie przy motocyklach i samochodach. Ja chodziłem mu pomagać, bo motoryzacja od zawsze była moim oczkiem w głowie. Po prostu lubiłem pracować przy różnego rodzaju maszynach. Marian szybko zorientował się, że jestem kumaty w tych tematach i któregoś razu zaproponował mi przejażdżkę na motocyklu żużlowym. Można powiedzieć, że od tego zaczęła się moja przygoda z tym sportem ? opowiada nasz rozmówca.

? Przed pierwszym wyjazdem na tor Marian pożyczył mi swój kombinezon i kask. Zanim wsiadłem na motocykl powiedział do mnie: tu jest sprzęgło, tu jest gaz, jedzie się w lewo i nie ma hamulców. Następnie zaczął wyjaśniać o co tak naprawdę chodzi w tym żużlu i jak powinienem jechać. Dzięki jego wskazówkom całkiem szybko opanowałem jazdę ślizgiem na łukach. Potem stwierdził, że musi nauczyć mnie startów. Tu jednak nie szło mi już tak dobrze. Kilka razy wylądowałem na plecach, bo chyba za bardzo się rozochociłem. W pewnym momencie Marian doszedł do wniosku, że jak na pierwszy raz to już wystarczy, bo jeszcze rozwalę mu motocykl, a on przecież musi mieć na czym startować w lidze. Te pierwsze przejazdy sprawiły jednak, że postanowiłem zapisać się do klubu. Nie byłem już najmłodszy, bo miałem 19 lat, ale wtedy w takim wieku się zaczynało. To nie było nic nadzwyczajnego. Pamiętam, że do szkółki przyszło jakieś sto osób, ale licencję zdałem tylko ja i jeszcze jeden chłopak. Temu drugiemu niespecjalnie jednak wychodziło i szybko dał sobie spokój. Mnie na szczęście udało się trochę bardziej przebić ? kontynuuje swoją opowieść były żużlowiec.

?Dla mnie to był wzór koleżeństwa?

Jan Ząbik wielokrotnie podkreśla, że ogromny wpływ na jego żużlowy rozwój miał Marian Rose. Co prawda legendarny toruński żużlowiec był od niego niespełna trzynaście lat starszy, ale to w niczym nie przeszkadzało. ? Byliśmy sąsiadami i często się spotykaliśmy. Dzięki temu zacieśnialiśmy nasze relacje. Marian był wspaniałym kolegą. Przez cały czas można było na niego liczyć. Każdy kto do niego podszedł zawsze otrzymywał wsparcie i nigdy nie był odprawiany z kwitkiem. Dla mnie to był wzór koleżeństwa. Traktowałem go również jako najlepszego trenera i nauczyciela. To właśnie on zdradzał mi wiele żużlowych tajników i przekazywał mi mnóstwo wiedzy. Zawsze starałem się mu jakoś pomóc, a on w zamian udostępniał mi swój motocykl na treningach. Dzięki temu miałem trochę więcej jazdy i okazji do szlifowania swoich umiejętności. W klubie na całą grupę młodych zawodników były przeważnie tylko dwie maszyny, a czasami nawet jedna, więc nie było wcale tak łatwo się do tego dopchać. Trzeba było czekać na swoją kolej i jakoś się dzielić. Jeżeli ktoś niechcący się wywrócił, to wielokrotnie konieczne stawało się doprowadzenie motocykla do stanu używalności. To niestety potrafiło zająć trochę czasu i wiązać ręce zawodnikom palącym się do jazdy. Dzięki Marianowi nie byłem jednak tak bardzo od tego zależny i miałem nieco większe możliwości ? wspomina wychowanek toruńskiego klubu.

Jan Ząbik nie ukrywa, że śmiertelny wypadek Mariana Rosego z 1970 roku bardzo mocno go dotknął. W obliczu tych dramatycznych wydarzeń niełatwo było się odnaleźć. 24-letni wówczas zawodnik stracił wtedy nie tylko swojego wielkiego przyjaciela, ale też mentora i człowieka, na którym najbardziej się wzorował. ? Mocno to przeżywałem i długo nie umiałem się z tym pogodzić. Zobaczyłem najczarniejsze oblicze tego sportu, którego nigdy nie chciałbym oglądać. Ten wypadek rozbił całą naszą drużynę. Po czymś takim niektórzy zawodnicy nie chcieli już jeździć i po kolei rezygnowali. Takie sytuacje odbijają się na psychice i skłaniają do zastanowienia się nad pewnymi rzeczami. Po jakimś czasie kilku z nas doszło jednak do wniosku, że jakoś musimy się pozbierać, bo przecież nie możemy stracić tego zespołu. Powoli dochodziliśmy do siebie i wracaliśmy na tor, chociaż mieliśmy poczucie ogromnej pustki i wiedzieliśmy, że nic już nie będzie takie samo. Trochę czasu minęło zanim naprawdę zdołaliśmy się z tym oswoić ? wyznaje były reprezentant toruńskiego klubu.

?U mnie była walka przez cztery okrążenia?

Ligowy debiut Jana Ząbika przypada na rok 1966. Często można spotkać się z głosami, że nie był on wielkim talentem, ale ciężko nad sobą pracował i poświęcał sporo czasu na naukę. ? Pewne rzeczy trzeba mieć wrodzone. Mnie momentami trochę tego brakowało, ale robiłem wszystko, żeby stawać się jak najlepszy i podnosić swój poziom. Z obsługą motocykla nigdy nie miałem problemu. Największym wyzwaniem było jak najszybsze opanowanie skutecznej jazdy we czterech. Ja zawsze miałem kłopoty ze startem. Nieraz się wywracałem, wjeżdżałem w taśmę lub zostawałem w tyle. Za każdym razem starałem się jednak ugrać jak najwięcej na dystansie. U mnie była walka przez cztery okrążenia. Próbowałem atakować i po dużej i po małej. Nawet jak nienajlepiej zebrałem się ze startu, to chciałem być pierwszy na mecie. Śmiało mogę powiedzieć, że to Marian zaszczepił we mnie taką wolę walki. Dzięki niemu nauczyłem się technicznej jazdy i przeprowadzania różnych manewrów na torze, które miały pomagać poprawiać swoją pozycję ? zdradza były żużlowiec.

W 1980 roku Ząbik przejeździł jeden sezon w angielskim Sheffield Tigers. W tamtych czasach starty na Wyspach Brytyjskich były postrzegane jako najlepsza szkoła żużla. ? Z naszego klubu początkowo miał jechać Wojtek Żabiałowicz, ale sprawy poukładały się w taki sposób, że ostatecznie wysłali mnie. Fajnie było zobaczyć jak to wygląda od środka, bo jednak dla nas to był trochę inny świat. Poznałem tam wiele nowych torów i nauczyłem się lepszego operowania różnorodnymi ustawieniami sprzętu. Tam była tak zmienna pogoda, że trzeba było szybko reagować i dopasowywać się do zastanych warunków. Na tamtych torach jeździło się zupełnie inaczej, więc można było doskonalić swoje umiejętności. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, to dochodzę do wniosku, że Anglia dała mi bardzo dużo. To właśnie tam dostałem prawdziwą lekcję żużla i poznałem ten sport znacznie lepiej. Po powrocie do Polski czułem, że jeszcze bardziej chce mi się jeździć. W Anglii spotkałem też świetnych kolegów. Na początku nie było łatwo, ale potem zobaczyli, że jestem jednym z nich i przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy i jesteśmy w kontakcie do dzisiaj. Często spotykamy się przy okazji Grand Prix w Toruniu i wspominamy dawne czasy. Jak chłopaki decydują się na przyjazd, to zawsze posiedzą parę dni, więc możemy coś wspólnie porobić i poczuć jak się jak za dawnych lat ? słyszymy od naszego rozmówcy.

?W drużynie narodowej panował bardzo dobry klimat?

Szczególne znaczenie w karierze Jana Ząbika miały też powołania do Żużlowej Reprezentacji Polski. Dla każdego żużlowca to był sygnał, że zalicza się do krajowej czołówki. ? Zawodników dobierano na podstawie osiąganych wyników. Kadra funkcjonowała wtedy podobnie jak teraz. Mieliśmy organizowane obozy i wyjazdy na zawody. Składy na poszczególne mecze i turnieje przeważnie zależały od rywali oraz toru, na którym mieliśmy się ścigać. Nie pamiętam dokładnie ile takich występów zaliczyłem, ale trochę by się tego znalazło. W tamtych czasach prym wiodły inne nacje, ale powołanie do kadry zawsze było miłym wyróżnieniem, które pozwalało zaprezentować się na innych frontach. Każdy chciał na to zapracować. W drużynie narodowej panował bardzo dobry klimat. Chłopacy byli naprawdę w porządku. Nie brakowało wśród nich kabareciarzy, którzy zawsze musieli coś nabroić i wyciąć komuś jakiś numer. Dzięki nim ciągle się coś działo i było strasznie wesoło. Kiedy trzeba było, to podchodziliśmy profesjonalnie do naszych obowiązków, ale w czasie wolnym pozwalaliśmy sobie na znacznie więcej luzu ? wspomina były kadrowicz.

Okazuje się, że Jan Ząbik był głównym bohaterem jednej z wielu zabawnych sytuacji. ? Pamiętam, że kiedyś byliśmy na obozie w Bydgoszczy. Trener zawsze dawał nam porządny wycisk. Któregoś dnia po ciężkim marszobiegu byłem tak wykończony, że musiałem się zdrzemnąć. Na swoje nieszczęście usnąłem tak mocno, że koledzy postanowili to wykorzystać. Kompletnie nie zdawałem sobie sprawy, że ktoś wszedł do mojego pokoju i właśnie robi mi kawał. Nagle usłyszałem potężne walenie w drzwi. Nie wiedziałem co się dzieje, więc zerwałem się na równe nogi i pobiegłem otworzyć. Na korytarzu czekali kumple, którzy jak tylko mnie zobaczyli, to zaczęli skręcać się ze śmiechu. Nie miałem pojęcia o co im chodzi. W pewnym momencie zerknąłem jednak w lustro i wszystko zrozumiałem. Okazało się, że całą twarz miałem wysmarowaną czarną pastą do butów. Wyglądałem przekomicznie. Potem dowiedziałem się, że za całą akcją stał Jurek Szczakiel. On był niemożliwy i zawsze coś nawywijał. Fajnie to sobie teraz powspominać. Przyznam, że lubiliśmy się wygłupiać i sobie docinać, ale jednocześnie tworzyliśmy bardzo zgraną grupę. Funkcjonowaliśmy zgodnie z zasadą, że jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego ? opowiada były polski żużlowiec.

? Dzisiaj na pewno możemy pochwalić się najlepszą ligą na świecie i wspaniale przygotowanymi torami, ale mam wrażenie, że za moich czasów żużel był znacznie bardziej radosny. Na zawodnikach na pewno nie ciążyła tak wielka presja na wynik, jaka jest teraz. Po zawodach spotykaliśmy się z chłopakami, żeby posiedzieć, pogadać, a nawet napić się piwa. Fajne było to, że całą drużyną jeździliśmy na mecze jednym autobusem. Dzięki temu czuliśmy się jak rodzina. Dzisiaj każdy ma swojego busa i podróżuje na własną rękę. Kiedy mecz jest wygrany, to atmosfera przeważnie jest dobra, ale jeśli coś pójdzie nie tak, to każdy zwiesza głowę i jak najszybciej ucieka. W obecnym żużlu są też zupełnie inne pieniądze. Nawet nie ma sensu porównywać tego do naszych czasów. Czasami zastanawiam się jak wielu tych chłopaków zostałoby przy tym sporcie, gdyby musieli jeździć za stawki, które my mieliśmy ? dodaje Ząbik.

?Najbardziej cieszyły mnie korzystne wyniki drużyny?

Jan Ząbik przez całą karierę jeździł w barwach macierzystej drużyny. ? Były propozycje z innych klubów, ale czułem się bardzo mocno związany z Toruniem i nie chciałem odchodzić. Zdałem sobie sprawę, że to jest moje miasto i kocham je całym sercem. Spędziłem tam większość swojego życia, więc uważałem, że to jest moje miejsce. Nasz klub stał się całym moim życiem. Początkowo przyświecał nam cel, że musimy się zebrać i awansować do najwyższej klasy rozgrywkowej. Powiedziałem sobie, że będę tak długo jeździł, dopóki tego nie zrealizujemy. Kiedy wreszcie dopięliśmy swego, to człowiek chciał gonić za kolejnymi marzeniami i walczyć o jak najwyższą pozycję w tabeli. To sprawiało, że naprawdę nie było powodu, aby zmieniać otoczenie ? tłumaczy ?Anioł? z krwi i kości.

Jan Ząbik być może nie zawsze prezentował bardzo wysoką formę, ale na przestrzeni lat zaliczył wiele naprawdę dobrych sezonów, podczas których wykręcał świetną średnią i był jednym z liderów swojej drużyny. Patrząc na statystyki można dojść do wniosku, że to był żużlowiec, który nie schodził poniżej pewnego poziomu. W 1981 roku wspólnie z Wojciechem Żabiałowiczem wywalczył drugie miejsce w Mistrzostwach Polski Par Klubowych. Dwa lata później jego Apator sięgnął po brązowy medal w rozgrywkach ligowych i po raz pierwszy w historii znalazł się na podium DMP, natomiast w 1986 roku torunianie zdobyli wymarzone Mistrzostwo Polski. ? Zawsze najbardziej cieszyły mnie korzystne wyniki drużyny. Inne osiągnięcia też miały znaczenie, ale dobro naszego zespołu stawiałem na pierwszym miejscu ? przyznaje bez wahania były zawodnik.

Do największych sukcesów Ząbika w rozgrywkach indywidualnych można zaliczyć tytuł Młodzieżowego Wicemistrza Polski z 1969 roku oraz trzecie miejsce w Złotym Kasku wywalczone w sezonie 1981. Toruński żużlowiec kilkukrotnie startował też w finałach Indywidualnych Mistrzostw Polski, ale nigdy nie zdołał przebić się na podium. Na arenie międzynarodowej również zabrakło mu znaczących osiągnięć. ? Sukcesów zapewne mogłoby być więcej. Startowałem w różnych eliminacjach i turniejach, ale przeważnie nie miałem zbyt dużej siły przebicia. W sporcie wygrywa ten, kto popełnia najmniej błędów. Ja widocznie za często się myliłem. Na pewno pozostał we mnie jakiś niedosyt, bo każdy chce jak najmocniej zaznaczyć swoją obecność na różnych frontach, ale mimo wszystko czuję się spełniony. Cały czas dążyłem do tego, żeby żużel sprawiał mi przyjemność i tak faktycznie było. Momentami nie miałem łatwo, bo musiałem łączyć sport z normalną pracą, żeby zarobić na życie, ale jakoś dawałem sobie z tym radę ? analizuje nasz rozmówca.

?Gdybym nie wciągnął się w trenerkę, to jeszcze trochę pewnie bym pojeździł?

W połowie lat 80. kariera Jana Ząbika zaczęła jednak zwalniać. Wychowanek toruńskiego klubu zaliczał coraz mniej spotkań i nie notował tak dobrych wyników jak we wcześniejszych sezonach. Warto wspomnieć, że w tamtym czasie był już nie tylko zawodnikiem, ale też jeżdżącym trenerem. ? Nie było komu tego robić, więc wziąłem to na siebie. Mieliśmy wtedy sporo młodych chłopaków, którym trzeba było poświęcić trochę uwagi i zadbać o ich rozwój. Dzisiaj jednak uważam, że to było złe rozwiązanie. Trudno było godzić dwie tak odpowiedzialne role i wszystkim odpowiednio się zająć. Człowiek czasami po prostu nie wyrabiał się z pewnymi rzeczami, co nikomu nie wychodziło na dobre ? ocenia bohater tamtych wydarzeń.

Ostatecznie po mistrzowskim dla Apatora sezonie 1986 Ząbik postanowił zakończyć karierę i skupić się na pracy trenerskiej. ? Gdybym nie wciągnął się w trenerkę, to jeszcze trochę pewnie bym pojeździł. Trzeba było jednak podjąć męską decyzję i zapewnić sobie jakieś zajęcie na przyszłość. Byłem pewien, że chcę zostać przy żużlu, tylko w innej roli ? tłumaczy. Co ciekawe, Ząbik jako zawodnik nigdy nie rozstał się z Toruniem, ale jako trener miał okazję spróbować swoich sił w Grudziądzu, Ostrowie oraz we Wrocławiu. Długo jednak nie zabawił na obczyźnie. Ciągnęło go do domu, więc po jakimś czasie wrócił, żeby razem z innymi osobami pracować na kolejne sukcesy swojej macierzystej drużyny. ? Trenerka to jest niewdzięczna robota. Dzisiaj jesteś trenerem, a jutro możesz nim nie być. Ja jednak zawsze byłem temu w stu procentach oddany i poświęcałem na to mnóstwo czasu. Dobry trener powinien być nie tylko nauczycielem żużlowego rzemiosła i zaprawionym w bojach taktykiem, ale też ojcem i przyjacielem. Kluczowe znaczenie ma zbudowanie jak najlepszych relacji z zawodnikami oraz zdobycie ich zaufania. Jeżeli chłopacy zobaczą, że trener wie co robi, to chętniej za nim pójdą ? zdradza nasz rozmówca.

?Miło jest obserwować rozwój młodych zawodników?

Od samego początku działalności trenerskiej Jana Ząbika najbardziej pasjonowało szkolenie młodzieży. ? W sporcie trzeba troszczyć się o młodych i odpowiednio ich ukierunkowywać. To jest najlepsza droga, żeby zapewnić ciągłość dyscyplinie oraz stworzyć sobie perspektywy na przyszłość. Jeżeli kandydat na żużlowca od samego początku jest dobrze prowadzony i poukładany, to może więcej osiągnąć. Najważniejsze, żeby od najmłodszych lat uczyć technicznej jazdy i panowania nad motocyklem. Nie może być tak, że maszyna rządzi zawodnikiem. Wiadomo, że to jest proces, który wymaga zaangażowania, cierpliwości oraz starannej selekcji. W dzisiejszych czasach dzieciaki być może boją się ciężkiej pracy i niespecjalnie garną się do tego sportu, ale mimo wszystko zawsze znajdzie się jakiś diamencik do oszlifowania ? twierdzi szkoleniowiec.

Wielokrotnie można usłyszeć, że na przestrzeni lat spod skrzydeł Jana Ząbika wyszło wielu wysokiej klasy żużlowców. Trudno znaleźć kogoś, kto nie chwaliłby sobie współpracy z toruńskim trenerem. ? Jeżeli ktoś wypowiada się pozytywnie na mój temat, to mogę tylko podziękować. Ja jednak nie będę oceniał samego siebie, ponieważ uważam, że od tego są inni. Na pewno nie jestem wszechwiedzący i wszechmogący. Człowiek całe życie się uczy i czasami coś mu nie wychodzi ? kwituje wychowanek klubu z Grodu Kopernika, który do dzisiaj stara się kształtować i wychowywać kolejne pokolenia żużlowców. ? Ja po prostu uwielbiam to robić i nie wyobrażam sobie bez tego życia. Miło jest obserwować rozwój młodych zawodników. Jeżeli pojawiają się sukcesy, to w sercu zawsze jest radość, że dołożyło się do tego swoją cegiełkę i ciężka praca nie poszła na marne ? wyjaśnia.

?Nie lubię siedzieć w miejscu?

Warto wspomnieć, że mimo sporej liczby wiosen na karku Jan Ząbik wciąż wsiada na motocykl żużlowy i nie odmawia sobie krótkich przejażdżek. Na torze pojawia się przy okazji różnych imprez okolicznościowych, a także podczas treningów z młodzieżą. Adeptom czasami trzeba coś pokazać, żeby lepiej zrozumieli i zapamiętali. ? Na pewno nie robię niczego na siłę, ale jestem w kontakcie z motocyklem. Czuję się dobrze i utrzymuję niezłą kondycję fizyczną, więc staram się z tego korzystać. Wystarczy, że przejadę ze trzy lub cztery okrążenia treningowe i mogę trochę mocniej odkręcać gaz. Tego się nie zapomina ? przekonuje żużlowiec na sportowej emeryturze.

Wiadomo jednak, że nie samym żużlem żyje człowiek. Jan Ząbik interesuje się szeroko rozumianym sportem i stara się być na bieżąco z wynikami oraz najświeższymi informacjami. W wolnych chwilach lubi śledzić na żywo poczynania innych toruńskich drużyn. Na co dzień dogląda też swojego biznesu oraz spełnia się w roli Radnego Miasta Torunia. ? Ludzie mnie wybrali, więc nie mogę być radnym bezradnym. Zostałem obdarzony zaufaniem, dlatego muszę działać dla dobra innych i pomagać naszej społeczności ? podkreśla torunianin, którego można podziwiać, że w tym wieku ma w sobie tyle energii, żeby łączyć tak wiele zróżnicowanych aktywności. Ząbika trudno zatrzymać nawet, kiedy akurat nie ciążą na nim żadne zobowiązania. ? Czasu wolnego nie mam zbyt wiele, ale jeśli trafi się luźniejsza chwila, to nie lubię siedzieć w miejscu. Jak jest ładna pogoda to jadę nad jezioro i pływam na skuterach wodnych, natomiast zimą nie potrafię odmówić sobie urlopu w górach i jazdy na nartach ? mówi mężczyzna, który zapewnia, że jest zadowolony ze swojego życia i czuje się szczęśliwy.

Odskocznie od czarnego sportu zawsze się przydają, ale bycie blisko tego świata cały czas sprawia ogromną przyjemność Janowi Ząbikowi. ? Większość życia spędziłem przy tym sporcie, więc trudno zostawić to z boku. Nie chcę się od tego odsuwać, bo nadal mnie to pasjonuje. W dalszym ciągu kibicuję i pomagam jak tylko mogę. Będę to robił, dopóki starczy mi sił. Jeżeli komuś czegoś potrzeba, to zawsze może liczyć na moje wsparcie. Czuję się potrzebny żużlowi i chciałbym, żeby tak zostało ? zakończył nasz rozmówca.

www.polskizuzel.pl
night
Ostatnio edytowany: 10.09.2021 11:41
Czy na pewno chcesz usunąć ten komentarz?
TAK NIE
Komentarze (0)
Nie ma komentarzy związanych z tym blogiem. Twoja opinia może być pierwsza.
© 2002-2015 Zuzelend.com