Zostań naszym Fanem!
ZALOGUJ SIĘ: 
Polecamy
Wiktor Lampart: Stać mnie na więcej
 25.07.2018 12:49
Wiktor Lampart dostał od organizatorów Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów dziką kartę na drugą rundę, która odbyła się w niedzielny wieczór na torze Lesznie. Polak podczas zawodów zdołał wywalczyć dziewięć punktów i ostatecznie odpadając w półfinale zajął siódme miejsce.

17-latka cieszy fakt, że mógł zaprezentować się podczas FIM Speedway U21 World Championship, a przyznaną dziką kartę chciał wykorzystać w jak najlepszy sposób - Cieszy mnie fakt, że dostałem od organizatorów dziką kartę. Oczywiście chciałem ją jak najlepiej wykorzystać, ale wyszło jak wyszło.

 

Wiktor Lampart z piątej gonitwy dnia został wykluczony jako sprawca upadku Nicka Skorji. Polak nie zgadza się z decyzją podjętą przez sędziego zawodów i żałuje straconych w tej gonitwie punktów - Szkoda punktów w biegu, w którym zostałem wykluczony. Myślę, że sędzia podjął złą decyzję.

 

Reprezentant Polski na stadionie im. Alfreda Smoczyka miał okazję zaprezentować się po raz pierwszy. Mimo, że zawody w wykonaniu Wiktora Lamparta nie były złe, zawodnik uważa, że stać go na więcej - Zawody w moim wykonaniu nie były złe, zwłaszcza jak się weźmie pod uwagę to, że miałem okazje do startowania w Lesznie pierwszy raz. Myślę jednak, że stać mnie na więcej.

Dominika Bajer (za: inf. własna)
Czy na pewno chcesz usunąć ten komentarz?
TAK NIE
Komentarze (20)
4 lata temu
Śmiać mi się chce, gdy widzę i słyszę jak łatwo można ominąć przepisy. Nikt mi nie powie, że Madsen zapałał nagle olbrzymią miłością do naszego kraju. Po prostu chce sobie ułatwić życie. Dzięki polskiemu paszportowi będzie mu zdecydowanie łatwiej znaleźć zatrudnienie w PGE Ekstralidze. Warunki finansowe też będzie mógł podyktować lepsze, bo dobrych polskich seniorów brakuje. Pewnie w decyzji o rozpoczęciu starań pomogło mu też to, że jest pomijany przez menedżera duńskiej kadry, Hansa Nielsena. Z polskim paszportem mogłoby mu być znacznie łatwiej awansować do Grand Prix - powiedział Jan Krzystyniak.
Duńczyk w naszym kraju, a konkretnie w Polce Magdzie Bradtke, zakochał się ponad cztery lata temu i od tego czasu postanowił przenieść się na stałe do Wejherowa. Dodatkowo kilka miesięcy temu Madsen rozpoczął intensywną naukę języka polskiego, która znacznie usprawni ubieganie się o polski paszport. Marian Maślanka były prezes klubu z Częstochowy doskonale do dzisiaj pamięta, jak wyglądała podobna sytuacja z Rune Holtą.
- Przeszedłem całą procedurę ponad 15 lat temu z Holtą i wiem jak trudno uzyskać polski paszport. Jeżeli jednak rzeczywiście Madsenowi udałoby się uzyskać dokument, to klub będzie w bardzo dobrej sytuacji. Przestrzegam jednak przed postrzeganiem tego ruchu jako rozwiązanie wszystkich problemów – mówi Marian Maślanka.
Natomiast sam zawodnik nie chce obecnie wypowiadać się na ten temat. Poproszony przez nas o komentarz w tej sprawie udzielił bardzo dyplomatycznej odpowiedzi.
- Na obecną chwilę nie będę tej całej sytuacji komentować w mediach. Nie mam nic więcej teraz do powiedzenia w tej sprawie - powiedział Leon Madsen.
Źródło: Przegląd Sportowy
  Lubię
  Nie lubię
4 lata temu
W niedzielę w Łodzi otwarcie nowego stadionu. Orzeł w ramach meczu Nice 1. LŻ podejmie Zdunka Wybrzeże Gdańsk.
Obiekt jest bardzo podobny do toruńskiej Motoareny. Ma tylko mniejszą pojemność trybun (ok. 10 tysięcy złotych).
Promotor cyklu Grand Prix, brytyjska firma BSI, już skierowała do Orła ofertę, na organizację turnieju Grand Prix!
Już zanim doszło do budowy obiektu, to prezes i właściciel Orła Witold Skrzydlewski mówił, że największym atutem nowego obiektu będzie położenie.
-Od nas jest wszędzie blisko. Każdy będzie chciał w Łodzi organizować najważniejsze żużlowe imprezy - mówił.
Polska jest organizatorem trzech turniejów Grand Prix i choć BSI zapewne by chciało, aby było ich więcej, to stanowcze weto mówi FIM i PZM.
W tym roku arenami GP są Warszawa, Toruń i Gorzów. Dwie pierwsze lokalizacje to także pewnik na kolejne lata (umowa na Warszawę obowiązuje do 2022 roku, a na Toruń do 2020 roku). Znak zapytania stoi przy Gorzowie, któremu w tym roku kończy się umowa, a z rok Gorzowianie mają przeprowadzić "drużynówkę" (albo DPŚ, albo Speedway of Nations).
Czy Łódź znajdzie się w kalendarzu GP zamiast Gorzowa? Trudno powiedzieć. Dodajmy jeszcze, że GP może też po wielu latach wrócić do Wrocławia.
Autor: Przegląd Sportowy Źródło: Przegląd Sportowy
  Lubię
  Nie lubię
4 lata temu
Już od dłuższego czasu trwa dyskusja, że zwycięzca rundy zasadniczej nie dostaje żadnej nagrody przed fazą play-off. Taka drużyna przez większość sezonu może jechać znakomicie, a później - po jednym słabszym meczu - potknąć się w półfinale i zakończyć rozgrywki.
- Faza play-off musi zostać. Amerykanie podchodzą biznesowo do sportu i dlatego stosują takie rozwiązanie. Jeśli chcemy, żeby ludzie przychodzili na stadiony, to tego nie można ruszać. Warto jednak byłoby docenić tych, którzy w rundzie zasadniczej byli najlepsi - komentuje nasz ekspert Jacek Gajewski.
- Na razie korzyści dla zwycięzcy nie ma żadnych. Nie widzę różnicy pomiędzy miejscem pierwszym a czwartym. Kolejność rozgrywania meczów? Niektórzy już mówią, że jazda najpierw na wyjeździe nie jest dobra, bo później trzeba odrabiać i mierzyć się z presją. Jeśli przyjmiemy taki punkt widzenia, to wygrana w rundzie zasadniczej może być wręcz przeszkodą - zauważa Gajewski.
Były menedżer Get Well Toruń proponuje powrót do rozwiązania, które funkcjonowało już w przeszłości. Jego zdaniem w fazie play-off drużyny powinny rywalizować do dwóch zwycięstw. Wtedy drużyna, która po rundzie zasadniczej była niżej w tabeli, miałaby utrudnione zadanie, bo musiałby wygrać na obiekcie rywala. Zwycięzca miałby atut własnego toru z prawdziwego zdarzenia, a poza tym zarobiłby dodatkowe pieniądze ze sprzedaży biletów.
- Minusów takiego rozwiązania za bardzo nie widzę. W rozgrywkach ligowych mamy przerwy, więc wydaje mi się, że znaleźlibyśmy dodatkowe terminy - podsumowuje Gajewski i dodaje, że taki system należy wprowadzić w PGE Ekstralidze, Nice 1.LŻ i 2. Lidze Żużlowej.
  Lubię
  Nie lubię
4 lata temu
Tylko mi nie piszcie, że Kowalski powinien podstawiać swoje jednostki wyłącznie Polakom. Choć, rzecz jasna, teoretycznie mógłby, gdyby tylko PZMot. zechciał podpisać z nim taką umowę za potężne pieniądze. Nie zapominajmy, że medale IMŚ w wykonaniu Golloba, Hampela czy Kasprzaka to zasługa obcych tunerów, Jane Anderssona czy Petera Johnsa. A pamiętacie Carla Blomfedta przy Gollobie? Zajmował w boksie mnóstwo miejsca i cholernie drogi był, lecz współpraca okazała się niewypałem.
A propos sprzętu Kowalskich, choć zbieżność nazwisk przypadkowa. Przypomniała mi się mianowicie opowieść komandora Juliana Gozdowskiego, tego od Biegu Piastów, który ożywił Polanę Jakuszycką, jak się okazało po latach – również na potrzeby żużlowców. Na świat przyszedł w 1935 roku w Czortkowie, w dawnym województwie tarnopolskim. Gdy wojna ucichła, mały Julo i bliscy stanęli przed wyborem – przyjęcie obywatelstwa Związku Radzieckiego albo przesiedlenie. Cała rodzina głosowała, łącznie z nim, i jednogłośnie wybrała to drugie. Tak trafiła do położonego u stóp Chojnika Sobieszowa, tuż pod Jelenią Górą.
W Wagonie towarowym z Czortkowa jechały cztery rodziny. Każda wzięła tyle, ile mogła. Gozdowscy, zamiast swoich mebli, zabrali kredens sąsiadki z tej samej ulicy, pani Kowalskiej, którą wcześniej wywieziono na Sybir. Zabrali go na przechowanie, dziadkowie stwierdzili, że ona na pewno z tej Syberii wróci. I wróciła, może nawet pomogły jej paczki wysyłane przez Gozdowskich.
W 1947 roku pani Kowalska stanęła w progu ich domu w Sobieszowie. - Do dzisiaj nie widziałem takiej radości człowieka, jak wtedy, kiedy jej ten kredens przekazaliśmy. Byle jaki był po prawdzie, ale jej własny, więc zaczęła go dotykać z niesamowitym namaszczeniem. Pamiętam też, jak mówiła, że na plecach do Legnicy go poniesie. I powiem jeszcze, że wysyłaliśmy tej pani na Sybir przesyłki z masłem, miodem i smalcem. A ona potwierdziła, że dość dużo tych przesyłek do niej trafiło. Bardzo dziękowała - wspomina komandor.
A więc sprzęt od Kowalskich generalnie robi robotę, a pan Rysiu również dotyka swoich wyrobów z podobnym namaszczeniem. Oby jak najdłużej.
Źródło: Przegląd Sportowy
  Lubię
  Nie lubię
4 lata temu
Grono komplementujących jest ostatnio doprawdy liczne i kolejnych Kowalski nie potrzebuje, lecz trudno nie zauważyć, że stoją za nim wyłącznie fakty i liczby. Bazujący na kapitalnym sprzęcie Łaguta to również jego klient, a niedawne tytuły mistrza Europy na koncie Sajfutdinowa, Pedersena czy Lebiediewa również wykuwały swój początek pod Toruniem. – Dziękuję, panie Rysiu! – zdarzało się, że takie właśnie słowa padały w ostatnich latach przed kamerą, m.in. z ust Maćka Janowskiego. I jedno trzeba panu Rysiowi oddać – że swoją obecną pozycję budował latami, nie zaliczając po drodze poważniejszych tąpnięć. Jak sam przyznaje, tylko w 2013 roku odbył wycieczkę w złym kierunku. W tym biznesie nic jednak nie jest dane na zawsze, stąd milionowe inwestycje w najnowsze maszyny.
Kowalskiego można przyrównać do Golloba, który na początku lat 90. pokazał innym polskim żużlowcom, że jednak się da. Że nasz krajowy speedway gnił za żelazną kurtyną, lecz to już przeszłość, bo oto pojawiłem się ja. Tuner z Kujawsko-Pomorskiego pokazał natomiast, że da się również ogrywać świat w świecie techniki. Mimo że jako kraj, który wypuścił w świat syrenkę i poloneza, możemy raczej uchodzić za muzeum techniki. Złotych rączek mamy zresztą więcej, w co drugim żużlowym ośrodku wskażecie kogoś ze smykałką, choć niekoniecznie z zapleczem. We Wrocławiu na klubowym sprzęcie spod dłuta Aleksandra Krzywdzińskiego wypłynął swego czasu Leon Madsen, podobnie zresztą jak Chris Holder, który na podstawionym przez WTS silniku stawał na pudle IMŚJ. Nie wziął jednak tego pod uwagę, gdy pojawiła się propozycja z Torunia. Była lepsza, więc skorzystał i trudno mieć o to pretensje. W żużlu trzeba bowiem zabezpieczać w pierwszej kolejności własne interesy. Zresztą Madsen, jak pamiętamy, skopał drzwi księgowej, gdy nie odnotował przelewu na koncie, a teraz zamierza być jednym z nas.
Wrocław w ogóle okazał się prekursorem, gdy chodzi o kwestie sprzętowe. We wczesnych latach 90. to Andrzej Rusko wykupił na wyłączność usługi Otto Weissa. Niemiec pojawiał się ze swoim busem w parku maszyn, natomiast prezesowi zdarzało się spadać z nieba i lądować helikopterem na murawie obcego stadionu. Dzięki czemu gospodarze już przed meczem mieli pełne portki. I brązowe getry, jakby zauważył złotousty selekcjoner Łazarek. A więc tamte trzy kolejne tytuły DMP (1993-1995) z nieba nie spadły, zostały odpowiednio zabezpieczone. Wtedy właśnie taki wyjątkowy silnik od Weissa zbudował Waldemara Szubę, przejeździł na nim cały sezon, mając początkowo niemałe problemy z utrzymaniem maszyny w łapach. A czy Weissa, który napędzał też m.in. Henkę Gustafssona, zgubiła później masówka? Zapewne w dużym stopniu.
  Lubię
  Nie lubię
4 lata temu
Trener kreuje zawodnika i odwrotnie – wspomniał mi ostatnio sportową mądrość Antoni Piechniczek. Trudno podjąć polemikę. Ja natomiast od zawsze powtarzam, że tak jak wyjątkowy silnik jest w stanie zbudować średniej klasy zawodnika, tak przeciętnego dziennikarza potrafi wykreować prestiżowy tytuł, który za nim stoi. Klasowego bez takiego zaplecza trudno w ogóle wyłowić z tłumu.
A więc to tuner kreuje kierowcę i odwrotnie. Wspomniany Ryszard Kowalski, były żużlowiec klubów z Torunia i Grudziądza, już jako dwudziestolatek sam sobie szykował silniki. Gdy w 1987 roku wyjął z ramy swój własny i pożyczył koledze Żabiałowiczowi na dwudniowy finał IMP, ten zamienił pożyczkę w złoto. To było bodaj pierwsze złote dotknięcie, a jednocześnie impuls. – Wiedzieliśmy doskonale, że silnik jest super, lecz ja nie potrafiłem tego wykorzystać. Dlatego uznałem, że brak mi talentu do żużla, za to potrafię przyszykować silnik, który wygrywa – wspomina 60-letni dziś maestro.
Jeśli miałbym stworzyć ranking najbardziej wpływowych osób w światowym żużlu, na szczycie drabinki umieściłbym właśnie Kowalskiego. Bo Castagna odpowiada wyłącznie za część międzynarodowych rozgrywek narodowych, natomiast Morris – za wybrane kwestie cyklu Grand Prix. Stępniewski zarządza sprawnie, lecz tylko polską ekstraligą, natomiast Cieślak – polską reprezentacją i ekipą spod Jasnej Góry. Konikiewicz i Lejman też znaleźli swoje poletko do uprawy, Szymański ma je od zawsze, w Szwecji decyzyjni są miejscowi promotorzy, ale tylko Kowalski kreuje wyniki we wszystkich wspomnianych rozgrywkach. Do niego należało całe podium sobotniej Grand Prix Wielkiej Brytanii w Cardiff, na które wjechali Zmarzlik, Woffinden i Janowski. A czwarty Hancock to ten, który – jak donosi red. Borowy – miał ostatnio powiedzieć jednemu z młodszych zawodników, że jeśli pozyska jakiś silnik od Kowalskiego, to on go z miejsca odkupi. W niedzielę natomiast Kowalski, choć to już junior starszy, wygrał pod Drabikiem leszczyńską rundę IMŚJ, wojując z innym przedstawicielem swojej stajni - Kuberą. W sportach jeździeckich mówi się z reguły, że ktoś wygrał na koniu o danym imieniu. W żużlu zaczniemy niebawem informować, że wygrał Kowalski pod jakimś zawodnikiem…
  Lubię
  Nie lubię
4 lata temu
Przełom lipca i sierpnia to czas, kiedy sezon żużlowy jest w pełni i różnego typu zawody odbywają się bardzo często. W takich chwilach trudno zebrać drużynę na wspólne treningi. Jak to jest w przypadku gorzowian? - Przygotowania się nie zmieniają. To jest taki system, który wymusza kalendarz. Są imprezy, które warunkują możliwość i częstotliwość odbywania treningu. Treningi są o tyle ważne, ponieważ jest to odświeżenie swojej wiedzy, zachowań na torze w różnych warunkach, które się zmieniają. Jest albo pochmurnie, albo słonecznie, albo bardzo upalnie tak jak teraz. Niestety z takimi warunkami musimy się też zderzać. Treningi w okresie startowym mają inne cele niż te przedsezonowe. Od poniedziałku zawodnicy systematycznie dojeżdżają i trenują.
Kolejny niepokojący występ w cyklu Speedway Grand Prix zaliczył Martin Vaculik. Od powrotu do ścigania Słowak nie może znaleźć właściwego rytmu w zmaganiach o miano najlepszego żużlowca globu. Czy martwi to Stanisława Chomskiego? - Martin Vaculik ma przygotowany swój plan, który ja znam. On cały czas wchodzi w sezon. Inni są już można powiedzieć rozjeżdżeni. On miał takie nieszczęście, że złapał na początku kontuzję. Nie mamy takiego komfortu jak inni, ale to jest taki sport i ja nie narzekam. Pokazaliśmy, że poradziliśmy sobie w trudnych chwilach i jesteśmy teraz w takim a nie innym miejscu. Teraz są mecze szczególnej wagi, bo jeżeli chcemy utrzymać pozycję jaką mamy i myśleć o wyższej, to koncentrujemy się na pozytywnych rozstrzygnięciach dla nas, zwłaszcza w tym meczu z Lesznem – zakończył 61-letni szkoleniowiec.
  Lubię
  Nie lubię
4 lata temu
Fogo Unia Leszno po kapitalnym starcie w najlepszej lidze świata przeżywa obecnie mały kryzys. Aktualni Drużynowi Mistrzowie Polski przegrali ostatnio dwa mecze. Stanisław Chomski nie zamierza lekceważyć rywali, pomimo takiej a nie innej dyspozycji w niedawnych potyczkach. - Ja w zadyszki żadne nie wierzę, bo jest to normalne. To nie jest maszyna, która wrzuci szósty bieg i równo ciągnie. Tak jak w każdych dyscyplinach, szczególnie tu, detale decydują o tym, że nagle wynik jest taki czy inny. Nie patrzmy na zadyszkę, ponieważ ja tu nie widzę żadnej zadyszki. Po prostu te dwa ostatnie mecze i to w dodatku wyjazdowe przegrali w końcówce przez gdzieś tam popełnione błędy. Z reguły jak zespół prowadzi to mało się zmienia. Nie raz żeśmy doświadczyli to na własnej skórze i z negatywnym skutkiem w poprzednich sezonach. W bieżącym roku nie było tak, że żeśmy mecz wygrywali i w końcówce przegrali. Zespół, który goni nic nie ma do stracenia. Są takie rozwiązania, które na pierwszy rzut oka nie powinny funkcjonować, ale funkcjonują. Taki jest żużel, tu nie ma pewniaków. Sami widzimy po tych wszystkich zawirowaniach, markach silników u innych tunerów. Raz króluje taki, później inny. To jest strasznie nieprzewidywalny sport i budzący nieraz takie rozterki, że tak jak mówię – co dziś funkcjonowało, jutro już może nie funkcjonować, pomimo podobnych warunków.
Na piątkowy mecz do składu gorzowskiej ekipy powróci Szymon Woźniak. Zawodnik urodzony w Tucholi urazu nabawił się miesiąc temu w meczu Elitserien. Drużyna z miasta nad Wartą odjedzie w ten sposób mecz w pełnym składzie, a takie spotkania w roku 2018 można wyliczyć na palcach jednej ręki, ponieważ „żółto-niebiescy” trapieni są kontuzjami. Oby limit pecha został już wyczerpany. - To, że wrócili to nie znaczy, że ich dyspozycja jest na najwyższym poziomie. Ją się ocenia poprzez pryzmat różnych imprez, w których występują, a to wygląda różnie. Niemniej, cały wysiłek sztabu szkoleniowego, klubu, zwłaszcza toromistrza – Jarosława Gały jest przeznaczony na tworzenie komfortu treningu. Ogromną rolę odgrywa toromistrz, który stara się przygotować tor do treningu, aby był optymalny dla nas. Tego komfortu nigdy nie ma, ponieważ to jest sport złożony, techniczny gdzie nie tylko sam człowiek decyduje o tym. Ważny jest sprzęt. Dużo jest też zależne od tego w jakich warunkach będzie on funkcjonował. Taka jest tego specyfika. Powrót po urazach jest prawie na porządku dziennym. Oby ich nie było. Na pewno można coś więcej prognozować, ale każdy mecz ma swoją specyfikę.
  Lubię
  Nie lubię
4 lata temu
Potencjał ma każdy. Piotr Pawlicki w sobotę będzie walczył o przepustkę do Grand Prix. Emil Sajfutdinow jest uczestnikiem Grand Prix. Brady Kurtz został po to wzięty, żeby się rozwijać oraz przywozić punkty. Można tak mnożyć i mnożyć. Jest to zespół oparty na zawodnikach z potencjałem. Warto również wspomnieć o Jarosławie Hampelu, który ma swoje tytuły i wierzy w powrót na najwyższy poziom – przekazał popularny „Stanley”.
27 lipca ważną rolę w spotkaniu mogą odgrywać juniorzy. W ubiegły piątek na Stadionie imienia Edwarda Jancarza odbył się finał Młodzieżowych Mistrzostw Polski Par Klubowych. Tamtego dnia wyraźnie lepsi okazali się żużlowcy z województwa wielkopolskiego, którzy triumfowali z kompletem punktów. Tym razem najmłodsi „żółto-niebiescy” z Rafałem Karczmarzem na czele będą chcieli się zrewanżować i być ważną częścią swojego zespołu. - Jest okres, kiedy zawodnicy są w wieku dwudziestu lat i jest on wtedy optymalny. Zawodnik wtedy dobrze się rozwija, ma ku temu predyspozycje. Młodzieżowcy z Leszna je mają, ponieważ widzimy jaką rolę odgrywają oni w Indywidualnych Mistrzostwach Świata Juniorów, gdzie zajmują czołowe lokaty. W porównaniu do nich trochę doświadczenia naszym zawodnikom brakuje, ale my nie podchodzimy do tego tak, że będziemy się ich bali. Cały wysiłek pracy wszystkich osób w klubie i juniorów jest taki, by pojechać jak najlepiej. Jeżeli to się wszystko zgra, to może być niespodzianka i to może my będziemy tą stroną, która będzie się cieszyła.
  Lubię
  Nie lubię
4 lata temu
Kolejny Polak opuszcza zespół w szwedzkiej Elitserien. Tym razem z Västervik Speedway pożegnał się Grzegorz Zengota. W miejsce sympatycznego zawodnika kibice będą mogli oglądać Nicolaia Klindta. - Nicolai od początku sezonu spisywał się bardzo dobrze, ale trudno było wkomponować go w zespół ze względu na wysoką kalkulowaną średnią meczową. Od Grzegorza Zengoty oczekiwaliśmy lepszych występów, dlatego doszło do zmiany w kadrze. Nicolai jest świetnym żużlowcem i teraz pasuje do naszego zespołu - przekazał trener drużyny, Morgan Andersson.
  Lubię
  Nie lubię
© 2002-2022 Zuzelend.com