Zostań naszym Fanem!
ZALOGUJ SIĘ: 
Polecamy
I wszystko jasne?
 24.09.2019 9:58
Cykl felietonów ALL FOUR RIDERS RESTART made by M.Lew.

Najważniejsze rozstrzygnięcia mamy za sobą. Złoto dla Unii nikogo nie zdziwiło. Można nawet rzec, że specjalnie ta wiadomość nie zaskoczyła. Zakończył się ligowy sezon, bez żużlowych fajerwerków. Wygrała drużyna ( właśnie drużyna!) która miała wygrać. Czy to źle? Dominacja Unii kiedyś się skończy. Jak nie dziś, to jutro. Może za rok, dwa. Inne kluby powinny brać jednak przykład, jak się buduje zespół. Wielkimi krokami zbliża się okienko transferowe, które zapowiada się podobnie nudnawo jak walka o DMP 2019. Zawodnicy z klubami są dogadani i tylko czekają na ten listopad, aż otworzy się możliwość oficjalnego parafowania kontraktu. Do tego czasu przecież wiele się jeszcze może wydarzyć. Ktoś kichnie za głośno, krzywo spojrzy lub dostanie korzystniejsza kontrofertę. A wówczas pojawi się dylemat i pytanie. Co dalej? Właśnie co dalej? Możliwości są dwie:

 

  • odwrócić się na pięcie i z obrażoną miną mówiącą jak to możesz mi takie coś proponować, że chcesz kupić moje dane komuś słowo, które jest przecież bezcenne oddalić się w tylko sobie znanym kierunku, albo
     
  • bez zbędnego szemrania usiąść do stołu i z uśmiechem na twarzy przystać na lepsze warunki, które pozwolą zapomnieć o tym, co komuś, kiedyś tam powiedziałem. A przepraszam, czy ja tam komukolwiek, cokolwiek obiecywałem?
     

Takie sytuacje mogą się zdarzyć, choć nie muszą. Mamy deficyt zawodników z najwyższej półki, stąd chcąc włączyć się o do walki o najwyższe cele trzeba czasami chwytać się każdych możliwych sposobów, aby to inni się martwili, a nie ja. Zważywszy, że podkupując komuś zawodnika urządzamy sobie dwie pieczenie na jednym ogniu, bo sami się wzmacniamy osłabiając tym samym rywala, to co? Nie opłaca się?

 

W tym sezonie Toruń wystąpił w roli Świętego Mikołaja, jednocześnie sami stawiając się w trudnym położeniu. Spadli, ale tak naprawdę sami zgotowali sobie taki los. Nie odczytali znaków czasu. Degradacja „pachniała” już w ubiegłym roku. Najwyraźniej ta spalenizna wówczas nikomu nie przeszkadzała. Wystarczyło lekko zeskrobać, odmalować i pojechać dalej. Szkody okazały się sięgać głębiej niż to się mogło pierwotnie wydawać. Zespół finalnie okazał się najgorszym w całej stawce PGE Ekstraligi i zgodnie z regulaminem musi opuścić jej szeregi. W mojej opinii dla samego klubu to paradoksalnie dobra informacja. Śmiem twierdzić, że gdyby jakimś cudem znów się utrzymali to nie doszłoby do żadnych, konkretnych zmian, w myśl  zasady: „jakoś to znowu będzie”. A tak spadek, powrót do korzeni, derby z Polonią mogą na nowo ożywić wiarę kibica, który mając dość wybryków swojego klubu postanowił w dni meczowe znaleźć sobie jakiekolwiek inne zajęcie, byleby tylko zapomnieć o ligowej rywalizacji. Z szumnymi zapowiedziami powrotu do elity w kolejnym roku to ja bym się jednak wstrzymał. Przysłowie mówi, że co nagle to po … no właśnie.

 

Będąc jeszcze przy Toruniu warto pochylić się nad jednym z jego zawodników – Jasonem Doylem. Australijczyk ma ważny kontrakt z drużyną, ale ambicje nie pozwalają jemu ścigać się na zapleczu. Stąd jest chyba najsmakowitszym kąskiem (pozdrowienia dla Mirka Jabłońskiego) zbliżającego się okienka transferowego. Klub zezwolił zawodnikowi na roczne wypożyczenie, ale ten ma wrócić w następnym sezonie, gdy zespół awansuje do E – ligi. Tu się rodzi mała rozbieżność zdań. Kangurowi jakoś nie w smak wracać do „Aniołów”. Pieniążki się zgadzać muszą a wpłynie ich więcej, gdy kontrakt będzie wieloletni. Choć akurat Doyle nie ma sobie nic do zarzucenia i ma najmniejszy wkład w spadek ekipy toruńskiej, to ta cała sytuacja budzić może zdziwienie na czole niejednego fana. Jednocześnie pokazuje brutalną prawdę, że kasa jest ważniejsza nie tylko od danego słowa, ale także od własnoręcznego podpisu.

 

Pozostaje wyczekiwać 2 listopada. Wrócimy do domu z grobów najbliższych a prezesi rozpoczną „Bal wszystkich świętych” . Wtedy nie będzie domysłów, tylko kawa na ławę. Dowiadując się o kolejnych podpisanych kontraktach powiemy pozbawione entuzjastycznego wydźwięku: „no tak”, czy pełne zaskoczenia: „wow”?

 

Chociaż rywalizacja ligowa dobiegła końca pozostało jeszcze kilka kart do odsłonięcia. Za chwilę baraże a także ostatnia runda cyku Grand Prix, a w niej z dużymi szansami na złoto przy nazwisku Bartosza Zmarzlika. Na tym przykładzie widzimy polską mentalność. W naszych żyłach płynie zazdrość, zawiść. Nie potrafimy się cieszyć z sukcesów lub inaczej, nie potrafimy tego okazywać. O wiele łatwiej przychodzi fala hejtu na zawodnika, i radość z upadków. Te negatywne cechy pojawiają się wówczas, gdy naprawdę idzie komuś bardzo dobrze. Stąd łatwo wyciągnąć wniosek, że skoro mówią źle to znaczy … że jest dobrze. A jeżeli mówią dobrze to znaczy, że jest faktycznie źle.

 

A poza tym, my Polacy nie potrafimy czasami wznieść się nad barwy klubowe. Ślepo zapatrzeni we własne podwórko nie widzimy niczego więcej. We walce o IMŚ bliżej co niektórym Polakom do zawodnika rosyjskiego, niż polskiego. Jakże to smutne zjawisko.  Może pewnym rozwiązaniem byłyby IMŚ wewnątrz każdej drużyny? Pozbawieni wówczas jakiejkolwiek antypatii do zawodnika, byśmy tylko cieszyli się ze sukcesu żużlowca z naszej ukochanej drużyny. Tylko czy taka utopia byłaby możliwa? Znając naszą mentalności to i wówczas znalazłoby się coś, na co byśmy sobie ponarzekali. Nigdy nie jest na tyle źle, że nie mogłoby być gorzej, to znaczy lepiej. Tylko dla której ze stron? Sam już nie wiem.

Podobał Ci się ten artykuł?
Daj plusa autorowi, by zwiększyć jego szanse na nagrodę!
Aktualna ocena: 3
Michał Lewandowski (za: inf. własna)
Czy na pewno chcesz usunąć ten komentarz?
TAK NIE
Komentarze (1)
6 miesięcy temu
"A poza tym, my Polacy nie potrafimy czasami wznieść się nad barwy klubowe.

W walce o IMŚ bliżej co niektórym Polakom do zawodnika rosyjskiego, niż polskiego."
.
celna obserwacja !

zachowanie o tyle debilne że ów klubowy zagraniczny bankomat , któremu kibicują na zabój polaczkowie z danego klubu za rok będzie jeździł w innym klubie - i po uj mu kibicowali ?
przyjedzie z nowym klubem to pewnie porcję gwizdów dostanie ;)
gdzie tu sens ???


zresztą niektórzy polscy komentatorzy też miętę czują do obcych nacji - wydaje się że Dryła to jakby szczególny wielbiciel rusków ze szczególnym uwzględnieniem Emilka... [radzę zwrócić uwagę na jego ekstatyczne okrzyki w archiwalnych transmisjach - brakuje tylko "uuurrraaa za rooodinu " ]
w polityce mówi się o takich : "agent wpływu" ...

żeby nie było - to sam zawsze fanem jazdy ruskich byłem ... ale tylko jazdy ...
i tak samo jak jazdy Warda czy Ricardsona czy Penhalla ...
nie więcej

  Lubię
  Nie lubię
© 2002-2015 Zuzelend.com